20 stycznia 2010

Sen : Posłaniec

Nie widziałam Sylwii już od bardzo dawna, a teraz spotkałam ją w przypadkowym sklepie, gdzie pracuje jako sprzedawczyni.
Zaczęła mnie namawiać na bardzo drogie kosmetyki, a ja na szczęście nie dałam się namówić.
Wyszłam szybko ze sklepu i wsiadłam na rower.
Był ciepły, wiosenny dzień, słońce świeciło wysoko nade mną, a ja jechałam przed siebie. Włosy powiewały mi na wietrze, bo jechałam dosyć szybko.
Uśmiechałam się sama do siebie.
Na mojej drodze, niezależnie którędy jechałam- spotykałam czarno-białego kota.
Mijałam polne drogi, las, betonowe osiedla, mosty, a kot- zawsze ten sam, siedział przy drodze i patrzył na mnie swoimi żółtymi oczyma.
Jego spojrzenie było badawcze i spokojne, siedział nieruchomo jak kamienny posąg.
Był jak posłaniec, anioł w skórze zwierzęcia.
Jego wzrok mnie hipnotyzował.
Jechałam coraz szybciej, a słońce już znikało za purpurowym horyzontem.
Kot zahipnotyzował mnie szczęściem, bo czułam ogromny przypływ euforii.
Śmiałam się, a moje włosy szybowały nade mną unoszone przez wiatr.
Wjechałam na peron...
Po drugiej stronie torów siedział Kot i patrzył na mnie, żółć jego oczu wnikała w moją duszę.
Wołał mnie...
Słońce już zaszło.
Wjechałam na tory, śmiałam się...
Nagle poczułam jak pędzący pociąg rozrywa moje ciało na kawałki, jak moja twarz oblewa się krwią...jak się nią duszę...
Umierając czułam się wolna...
czułam jakby moje włosy ciągle unosił wiatr, a pęd pociągu porywał mojego ducha ze sobą w nieznane...
Przy torach siedział niemy, spokojny obserwator...
Zapadał zmrok.
Moja krew ciemniała na pustych torach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz