Dziś w ten ciepły wietrzny dzień ona przyszła....Śmierć o którą walczyłam...
Jakieś 30 minut temu umarł mój ukochany piesek Pikuś. Był ze mną 10 lat. Przez ostatnie kilka miesięcy umierał... Nie chciałam aby umarł, bo go kochałam, ale nie mogłam patrzeć na jego cierpinie, bo i ja cierpiałam. Ktoś mógłby pomyśleć...przecież tu chodzi tylko o psa...Nie obchodzi mnie to. Człowiek czy pies- co za różnica, przyjaciel to przyjaciel.
Pikuś był bardzo chory, piszczał z bólu, jego skóra gniła... Czy można chcieć czyjejś śmierci ? Owszem, można. Wykłucałam się z ojcem aby go uśpić, jednak on nie chciał mnie słuchać. Dziś wywalczyłam tą śmierć i cieszę się z tego, ale jednocześnie czuję pustkę...Bardzo cierpię.
***
Widzę jego smutne oczy, które patrzą na mnie błagalnie...Widzę jak pochylam się nad nim i go głaszczę...
Widzę jak biegniemy razem po łące latem...
jak siedzimy pod wielkim drzewem na trawie i odpoczywamy...
Wspomnienia są piękne i nie przemijają.
Dziś nadeszła cicha śmierć, sztuczna śmierć ... będąca ukojeniem....
Odebrała mi to co tak kochałam...
ułożyła w wielkim czarnym dole w ogródku pełnym uschłych kwiatów...
przykryła pierzyną z piachu...
A mi odebrała łzy...
Pozostawiła dziwne uczucie...
że ktoś odszedł i już nie wróci...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz