20 stycznia 2010

Sen : Błotniste drogi do Martwego Sadu

Szłyśmy łąkami, ja i N.

Był wiosenny dzień, ale niebo było pochmurne.

N. powiedziała, że musimy iść wzdłuż rzeki. Nie podobał mi się ten pomysł.

- Jeśli chcesz to idź wzdłuż rzeki. Ja pójdę prosto, chyba tylko w ten sposób dojdziemy tam gdzie chcemy. - powiedziałam

Rozdzieliłyśmy się i N. poszła tak jak mówiła, że pójdzie.

Szła wzdłuż rzeki, przedzierając się przez trawy i trzciny. Jej nogi zapadały się w ciemne błoto. Krok za krokiem robił się dla niej coraz cięższy, błoto nie pozwalało jej iść.

Zawołałam z oddali : - Chodź ze mną.

Szłyśmy razem prostą drogą, otaczały nas wysokie trawy. Czuć było zapach rzeki i błota. Z początku szło się dobrze, a potem zobaczyłyśmy, że błoto pojawia się pod naszymi stopami, jest go coraz więcej i więcej. Szłyśmy z trudem, aż w końcu wcale nie mogłyśmy iść.

Żadna z dróg nie okazała się dobra.

Zeszłyśmy na bok, w wysokie trawy. Zaczęłyśmy biec przed siebie, właściwie to do nikąd, bo wokół nie było nic...tylko trawy.

Dobiegłyśmy do sadu martwych jabłoni. Dziwaczne, powykręcane, łyse drzewa wyglądały tak samotnie, jakby opuszczone przez Boga i świat.

***

Jacyś mężczyźni rozebrali nas i innych ludzi, którzy znajdowali się w tym sadzie. Wszyscy zakrywali swoje nagie, bezbronne ciała, ze wstydem spuszczając wzrok. Wśród ludzi byli i starzy i młodzi, wszyscy jednakowo wystraszeni i zagubieni.

Kazano nam uklęknąć na trawie. Mężczyźni przewiązali wszystkich ze sobą sznurem i zostawili.

Klęczeliśmy w tym znieruchomieniu, każdy obok siebie, z głowami zwieszonymi w dół...Ciała drętwiały, a to klęczenie nie miało nigdy końca. Nie miał kto nas wyzwolić...z tego kawałka sznurka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz