20 stycznia 2010

04 stycznia 2007 Koszmar za dnia...

Wczoraj miałam ciężki dzień Po prostu okropny...Jak to zwykle bywa dopiero zabrałam się za naukę na dzisiejsze kolokwium. Nauka mi się nie kleiła...siedziałam na łóżku w stercie przeróżnych notatek, xerówek...
Zadzwonił facet z allegro i się ze mną wykłucał, że sprzedałam mu roztrzaskany procesor...szantażował mnie i oskrżał, miałam ochotę zabić go przez telefon...Później byłam tak wkurzona, że nie mogłam się uczyć. Jeszcze zadzwoniła do mnie koleżanka i gadała ze mną godzinę. Uczyłam się do 2, bez efektów...było mi słabo, miałam mdłości...
Dziś rano zaspałam, wyglądałam strasznie i tak też się czułam...Ogarnęło mnie przerażenie...Przypomniałam sobie sen, znowu o lesie i o zmasakrowanych ciałach. Pomyślałam,że to nie wróży dobrze. Ogólnie czułam się jakbym wcale nie zbudziła się z koszmaru.
Kolokwium okazało się wcale nie takie straszne Pisaliśmy ściśnięci w małej salce...
Dostałam 4 Mało brakowało do 4,5...a wtedy nie musiałabym zdawać już ustnie. Czuję, że choroba mnie rozkłada...jeszcze tego mi brakowało akurat teraz.

“Drzewo nie smagane wichrem rzadko kiedy wyrasta silne i zdrowe ”

(Seneka Młodszy)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz