Nie miałam ochoty pisać tej notki, bo wiem, że przy pisaniu będę zdenerwowana, ale się zdecydowałam.
1.07. w niedzielę był jubileusz 50-lecia kapłaństwa mojego wujka - o którym zresztą już pisałam na blogu.
Dostałam zaproszenie na tą imprezę rodzinną, ale nie chciałam iść, bo naprawdę nie przepadam za swoją rodziną, która zebrałaby się w jednym miejscu, przyjechałaby z różnych stron Polski, a nawet świata i plotkowałaby do bólu...
Jednak poszłam. Kierowałam się darmową wyżerką
Najpierw była msza w kościele.
Stałam na końcu z Niką i słuchałam z ironicznym uśmieszkiem na twarzy bezsensownych słów kazania o tym jakie to szczęście dla niektórych ludzi, że spotkali na swojej drodze mojego wujka..wspaniałego kapłana, doktora, profesora itd...Miałam dosyć tego słodzenia i rzucania tytułami naukowymi i tytułami książek jakie napisał...
Jakoś przeżyłam tą mszę. Potem cała rodzina zebrała się pod kościołem, a wujek wszystkich obcałowywał i witał się.
Zaczął przytulać mnie i Nikę i zachwycać się nami...
Zrobiono zdjęcie rodzinne, a potem była impreza w "Stylowej".
Wszystko było kręcone na kamerę...flesze aparatów co raz raziły mnie w oczy
Plusem było pyszne jedzenie...
Nie mogłam patrzeć jednak na rodzinę...nie mogłam słuchać rozmów w stylu : "Kiedy to ja byłem na polowaniu..."
“Wybieram się na Kamczatkę...”
“A ja dziś płynę w rejs statkiem, z córkami...na Bałtyk”
Pysznili się tylko i chwalili, jakby to miało znaczenie...
Typowi materialiści i konsumpcjoniści...blee
Czasami czuję, że nie pasuję do XXI wieku...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz