20 stycznia 2010

11 października 2007 Cmentarnie...

Jest już zimno..czuję to, gdy rano się budzę i gdy idę na uczelnię. Z dnia na dzień zimniej...
Z dnia na dzień coraz więcej różnobarwnych liści leży na chodniku...coraz więcej spada z drzew.
Ranki nie dość, że są zimne to jeszcze są ciemne, takie nieprzyjemne, bo zamiast wylegiwać się w ciepłej pościeli, zwinąć się bezpiecznie w kłębek, muszę podrywać się razem z dźwiękiem budzika, co jest dla mnie nadzwyczaj trudne.
Sprawy na uczelni nie mają się najlepiej.
Nie dość, że plan zajęć w tym roku jest okropny i mam mnóstwo kilkugodzinnych okienek, przez co marnują się całe dnie, to nauki też już mam bardzo dużo i boję się, że się z tym wszystkim nie wyrobię.
Nie potrafię żyć w takim, narzuconym mi, nienaturalnym tempie.
Mam pewien problem z zaliczeniem moich świetlicowych praktyk, tylko dlatego, że zrobiłam je w 6 dni, a nie w 10.
Już nie ważne jest dla nikogo, że wyrobiłam całe 48 godzin i przyniosłam całą dokumentację. Nie zdziwi mnie jak wywalą mnie z uczelni za taki bezsens, albo karzą odbywać praktyki od nowa.
Ludzie na uczelni mnie wkurwiają i nie chodzi mi już tylko o samych wykładowców, ale i o studentów z mojego roku.
Nie narzekam po to aby tylko narzekać tak bezpodstawnie, bo to nie jest w moim zwyczaju.
Chciałyśmy dziś z Maciejką załatwić następne już praktyki, które mamy odbyć po tym semestrze, ale oczywiście nie udało nam się dziś nic załatwić. Trudno.
Dziś, gdy wyszłam z uczelni było już ciemno. Taka typowa jesień rozbudziła moje wspomnienia...czas, gdy zakochałam się w Kocurze... cudowny czas... uwielbiam go wspominać.
Poszliśmy z Kocurem na przechadzkę wieczorną, m.in. na cmentarz.
Kocham spacery po cmentarzu, zwłaszcza wieczorem.
Jest tak cicho, z cieni wyłaniają się nagrobki pokryte liśćmi, marmurowe anioły. Lampki cmentarne gdzieniegdzie połyskują z płyt grobowych, oświetlając groby.
Zza grobów wyszła jakaś kobieta w płaszczu, w dłoniach trzymała znicz.
Podeszła do nas i nieśmiałym głosem zapytała w którą stronę idziemy i gdzie. Odpowiedzieliśmy, że idziemy prosto do głównej bramy.
Kobieta spytała czy nie mogłaby pójść z nami, bo bardzo się boi - zgodziliśmy się. Zaczęła opowiadać jak kiedyś została zamknięta na cmentarzu, bo zamknęły się bramy i musiała przeskakiwać przez mur.
Nagle spytała czy możemy na nią chwilkę poczekać, bo musi pójść na grób dziecka zapalić lampkę. Podeszła do grobu, ukucnęła i zapaliła lampkę. Po chwili wróciła i szliśmy dalej...
Opowiadała o tym dziecku. Mówiła, że to jej siostra, która zmarła, gdy miała roczek. Opowiadała o wojnie i o dużej śmiertelności wśród dzieci w tych czasach( dziwne...o tym właśnie rozmawiałam dziś z Maciejką).
Mówiła, że to straszna tragedia dla matki, gdy jej małe dziecko umrze, zwłaszcza w tak młodym wieku, gdy jest właśnie "najlepsze", nie pyskuje - tak jak stwierdziła kobieta.
Kobieta skręciła w alejkę i podziękowała nam za wszystko.
Zniknęła w ciemności między grobami...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz