Pojechałam z J. do Lublina po zaległe wpisy i zaliczenia.
Po powrocie do naszego miasta miałyśmy wstąpić jeszcze do M.,aby porozmawiać.
Zimowa noc była dosyć ponura...
Zadzwoniłyśmy do bramy, ale M. nie wyszła by nam otworzyć. Furtka była otwarta więc weszłyśmy na podwórko. Z domu dobiegały wrzaski, rumor i odgłosy zamieszania. Zapaliły się światła w domu i na podwórze po kolei zaczęli wybiegać domownicy.
Kłócili się, bili, z okien wyrzucali meble.
- Musimy się stąd wydostać. - powiedziałam do J.
Postanowiłam, że musimy obejść dom od tyłu, aby się wydostać- trafiłyśmy z wizytą nie w porę.
Podeszłyśmy ukradkiem do lewej strony domu, chciałam wejść na tylne podwórze.
J. zniknęła, zimowa noc stała się upalnym dniem.
Przywitało mnie przeraźliwie jasne słońce, oślepiające oczy.
Podwórze było pokryte błotem i stertą padliny. Nie było wolnego miejsca, w którym mogłabym postawić nogę, nie było ucieczki.
Otaczał mnie dywan rozkładającego się mięsa ludzkiego i zwierzęcego.
Gdzieś w tej stercie dostrzegłam nogę konia zakończoną czarnym kopytem,a gdzieś dalej leżała końska głowa, z oczodołów wypełzały białe robale.
Pod moją stopą spoczywała głowa mężczyzny z czarnymi wąsami, a w oddali widziałam zaobrączkowaną dłoń. Gdzie nie spojrzałam tam był kawałek kogoś...całe mnóstwo mięsa, błota i robali.
Przerażające widowisko umarłych, oświetlone złotymi, jasnymi promieniami słońca.
Smród był nie do zniesienia, słodki, odurzający zapach padliny.
Dusił mnie od wewnątrz., gorąco wzmagało ten zapach, a ja czułam jak zbiera mi się na wymioty.
Zaczynam grzęznąć w tej martwej papce, otumaniona smrodem i bzyczeniem much.
Nagle znajduję w sobie siłę i zakrywam dłońmi usta, powstrzymując wymioty.
Odwracam wzrok od padliny i zaczynam patrzeć przed siebie.
Podwórze M. zamienia się w nasz rodzinny ogród za zakładem wulkanizacyjnym mojego ojca.
Patrzę przed siebie na ścieżkę prowadzącą do domu.
Nie patrzę w dół, pod nogi, nie czuję smrodu...idę pewnie przed siebie, stąpając po padlinie.
Idę do domu.
Martwe szczątki znikają, droga jest tak zwyczajnie codzienna.
***
Mama, N., ja i ojciec mamy leżeć w klinice, wszystkich nas czekają operacje.
Wyjeżdżamy do Lublina. Ojciec ucieka z kliniki i zostawia nas same.
Jesteśmy w sali pooperacyjnej. Mama leży w łóżku osłabiona po zabiegu.
Ja i N. siedzimy przy niej na brzegu jej łóżka.
Klinika jest śnieżnobiała, a sala mojej mamy jest skąpana w cieniu, okna są zasłonięte, a drzwi do sali różnią się od wszystkich innych szpitalnych drzwi - przypominają drzwi wejściowe do domu, są grube, brązowe i drewniane, na środku nich jest numerek sali, składający się z dwóch cyfr. Na przeciwko sali mojej mamy, na drugim końcu długiego, białego korytarza znajduje się sala o białych drzwiach, sala w której leży matka M., a na stoliczku przy jej łóżku stoi mała butelka pełna alkoholu.
W sali oprócz mamy leży jeszcze dużo innych kobiet.
Mama patrzy na mnie i N. z miłością, my trzymamy ją za rękę.
W oczach mamy widzę wszystko.
Więcej niż to co widzę w jej przeszklonych oczach mi nie potrzeba.
Do sali wchodzą dwie kobiety w średnim wieku, jedna z nich nosi okulary.
Kobiety patrzą na mamę z czułością i troską, pytają jak się czuje.
Mówią, że czuwały przy niej podczas operacji...
Mówią, że wszystko będzie dobrze.
Kim są tajemnicze kobiety ? Mogę tylko przeczuwać, że to dobre anioły, którym nie potrzeba skrzydeł do bycia tym kim są.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz