24 kwietnia 2010

Grobowiec

Było jakieś święto, bo nocą, w parku odprawiała się msza. Poszłam tam i obserwowałam, stanęłam pod drzewem. 
Ktoś zachęcił mnie do wejścia do grobowca.

Bardzo się bałam, ale mimo to, zgodziłam się.

Otworzyłam skrzypiące drzwi w ziemi. Widziałam ciemność i czułam chłód, odór stęchlizny, pajęczyny lepiące się do twarzy. Zacisnęłam powieki i z płaczem zagłębiłam się w mrok.

Wnętrze grobowca było oświetlone, stało tam kilka czarnych trumien.

Dopadła mnie nagła senność, więc położyłam się na jednej z nich.

Usłyszałam ciężki, zbliżające się kroki.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą mężczyznę.

Wszedł na mnie i przycisnął mnie jeszcze bardziej do trumny.

- Mam Cię i już nie wypuszczę - syknął.

Krzyczałam, płakałam, wyrywałam się z jego łap niczym śliska ryba, szukająca wody.

Mężczyzna był ucieleśnieniem okrucieństwa.

Zaczęłam stawiać mu coraz większy opór - kopałam, drapałam i gryzłam.

Wyrwałam się i podbiegłam do drzwi, ale zamiast nich zobaczyłam długą drabinę.

Wspinałam się coraz wyżej, a nogi plątały mi się ze strachu, drżałam i nie mogłam dłońmi utrzymać się szczebli.

Drabina zdawała się nie mieć końca.

Mężczyzn śmiał się histerycznie.

Powiedział : - Stąd nigdy nie wyjdziesz

Złapał silnymi łapami kostki moich stóp...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz