Było jakieś święto, bo nocą, w parku odprawiała się msza. Poszłam tam i obserwowałam, stanęłam pod drzewem.
Ktoś zachęcił mnie do wejścia do grobowca.
Bardzo się bałam, ale mimo to, zgodziłam się.
Otworzyłam skrzypiące drzwi w ziemi. Widziałam ciemność i czułam chłód, odór stęchlizny, pajęczyny lepiące się do twarzy. Zacisnęłam powieki i z płaczem zagłębiłam się w mrok.
Wnętrze grobowca było oświetlone, stało tam kilka czarnych trumien.
Dopadła mnie nagła senność, więc położyłam się na jednej z nich.
Usłyszałam ciężki, zbliżające się kroki.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą mężczyznę.
Wszedł na mnie i przycisnął mnie jeszcze bardziej do trumny.
- Mam Cię i już nie wypuszczę - syknął.
Krzyczałam, płakałam, wyrywałam się z jego łap niczym śliska ryba, szukająca wody.
Mężczyzna był ucieleśnieniem okrucieństwa.
Zaczęłam stawiać mu coraz większy opór - kopałam, drapałam i gryzłam.
Wyrwałam się i podbiegłam do drzwi, ale zamiast nich zobaczyłam długą drabinę.
Wspinałam się coraz wyżej, a nogi plątały mi się ze strachu, drżałam i nie mogłam dłońmi utrzymać się szczebli.
Drabina zdawała się nie mieć końca.
Mężczyzn śmiał się histerycznie.
Powiedział : - Stąd nigdy nie wyjdziesz
Złapał silnymi łapami kostki moich stóp...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz