Lublin, upalne popołudnie.
Biegam po mieście, załatwiam pewne sprawy.
Niebo robi się sino-bure, zaczyna grzmieć, wieje silny wiatr...
Nagle lunęło.
Deszcz przemoczył mnie kompletnie, a nie jestem w posiadaniu parasola.
Zaczynam biec, wzrokiem szukając schronienia.
Chowam się w bramie cała przemoczona...
kropelki wody spływają z włosów na twarz.
Robi mi się zimno, obejmuję się własnymi ramionami.
Jestem sama, słucham deszczu...
Nagle w pobliżu pojawia się mężczyzna, równie przemoczony jak ja. Składa swój czarny parasol, otrzepuje z wody płaszcz. Bacznie się mu przyglądam.
Mężczyzna odziany tylko w czerń, elegancki, w jednym ręku trzyma skórzaną teczkę, a w drugiej swój parasol.
Przede wszystkim zwracam uwagę na oczy, bo męskie oczy czasami są w stanie sprawić, że płonę z pożądania, że jestem w stanie pokierować się nie rozsądkiem i sercem, a czystym suczym instynktem.
Patrzy na mnie pożądliwie, albo mi się tylko wydaje. Ja patrzę na niego, ale jego wzrok mnie onieśmiela, spuszczam głowę i obserwuję jak deszcz wypełnia szczeliny między kocimi łbami.
Zapach tego mężczyzny mnie zniewala, czuję ambrę i drzewo cedrowe, może nutę wetiweru.
Wciągam zapach w płuca, odurza mnie, chcę żeby mężczyzna mnie zerżnął.
Spoglądam na penisa, który jest ukryty w tych czarnych, garniturowych spodniach.
Czuję, że się rumienię.
Nie mogę wytrzymać erotycznej obecności tego mężczyzny.
Deszcz nie przestaje padać, pada coraz bardziej....
Stoimy tak w milczeniu i w zapatrzeniu, dziwny to był stan.
(...)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz