W dniu, w którym ciemne chmury wisiały nisko nad ziemią gotowe do tego by wybuchnąć deszczem przyszłaś do mnie we śnie i...
padało
całe miasto mokło i tonęło w strugach deszczu, a wszędzie szarość wszechogarniająca i bezkresna
szare niebo, deszcz szary, budynki z szarego betonu, ludzie też tacy zwykli, pospolici, tacy bardzo szarzy i powietrze w tym samym kolorze.
A Ty mamo czekałaś na mnie przy straganach z warzywami, na rynku.
Już z daleka Cię poznałam, że to Ty, taka niska, bezbronna, blada, z oczami czarnymi jak węgiel i krótkimi smolistymi włosami, które tylko gdzieniegdzie oprószone były srebrem.
Wydawałaś się taka maleńka, przed sobą trzymałaś kurczowo swoją starą, zużytą torebkę ze skóry, już od tylu lat tą samą. Dlaczego tak oszczędzałaś? Przecież powinnaś nie patrzeć na nas i kupować sobie mnóstwo nowych, kolorowych torebek.
Na sobie miałaś skórzaną, ciemnowiśniową, niemodną już od wielu sezonów kurtkę. Ona jeszcze pamiętała czasy prl'u, miała duże poduszki w ramionach, ale pasowała Ci.
Uśmiechnęłaś się do mnie, gdy zobaczyłaś, że idę z oddali i moknę, ale idę do Ciebie.
Ty też stałaś w deszczu, ale zdaje się, że on na Ciebie nie padał.
Zresztą zawsze Ci mówiłam, że przecież to tylko deszcz, woda, która spada z nieba, a my nie jesteśmy z cukru, możemy tańczyć w tym deszczu, a niepotrzebnie tak bardzo się go boimy jakby miał nas rozpuścić i zrównać z ziemią.
Wpadłam Ci w ramiona, kolejny już raz we śnie, wzięłam Twoje dłonie w swoje i objęłam mocno, bo tyle czasu przecież nie widziałyśmy się. Kiedy ostatnio, w którym to bylo już śnie? Tracę rachubę.
A tak realnie, nierealnie, to gdy leżałaś w łóżku szpitalnym,a ja gładziłam Twoją dłoń i mówiłam do Ciebie w myślach i na głos jak Cię kocham i że wszystko będzie dobrze, bo przecież już wtedy nie mogło być gorzej.
Teraz we śnie obejmowałam Cię i trwałam w tej chwili, wąchałam Cię.
Twoje włosy pachniały wilgocią, a skóra po prostu Tobą, a skórzana, wiśniowa kurtka pachniała specyficznie zmoczoną w deszczu skórą.
Chciałam zapamiętać tę senną mieszaninę zapachów.
Po kurtce spływały deszczowe kropelki, pękate i ciężkie, spływały szybko znacząc linie, a ja wodziłam za nimi wzrokiem.
A później odeszłyśmy trzymając się za rękę, biegając i skacząc przez kałuże, śmiejąc się głośno.
Biegłyśmy przez stragany, mierzyłyśmy kapelusze i okulary. Ciągle było tak samo szaro i jeszcze bardziej mokro, bo deszcz tylko wzmagał na sile.
Dla mnie ta szarość była kolorowa, ciepła i kwiecista, bo czas stanął w miejscu, trzymałyśmy się za ręce i dziecięcy śmiech rozbrzmiewał we mnie.
Krople deszczu zdawały się zamieniać w motyle i lecieć w górę ku niebu, a nie spadać z niego ze strachem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz