26 lipca 2014

Rzeka była brunatna, mętna, zdawała się być gęsta, jak jakaś zupa pełna wodorostów
odbijało się w niej złote popołudniowe słońce
żar lał się z nieba
czułam, że moja skóra płonie
było chyba z czterdzieści stopni i ani jednej chmury nad nami
rzeka stała w miejscu, płynęła, a nie płynęła, jakby zamarła i wyłapywała słowa, które padały z naszych ust
komary piły moją krew
motyle siadały na moich zarumienionych słońcem udach
wokół nas latały niebieskie ważki
czas płynął powoli
a później zaczęły padać słowa
te o śmierci
o chemikaliach
o planach i zadaniach
o liście rzeczy do zrobienia
o tym jak jest ciężko
jak inni potrafią żyć, a inni nie
nie ci, którzy widzą i wiedzą zbyt dużo
a później...
dłoń zaczęła się trząść i piwo wypadło z ręki
rozlało się po moich jeansowych szortach
a z oczu popłynęły łzy
pijane myśli obijały się o ściany mojej głowy
wolne, niespieszne, ale tak dziwnie jasne i poukładane
prawdziwe
Chciałam leżeć na tej trawie pijana
chciałam by moje myśli były mętne i gęste
jak ta stojąca w miejscu rzeka pełna wodorostów




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz