12 lutego 2010

Przedsionek piekła

Nigdy o tym nie pisałam, nigdy nie mówiłam, ale czasem trzeba.
***
Kiedy po raz pierwszy weszłam  z Tobą Moja Droga N. na oddział onkologiczny, to czułam jakbym wkraczała do strasznego kawałka świata, do przedsionka piekła.
Mimo iż szłyśmy dopiero na badania i nie znałyśmy żadnej diagnozy, to czułam lęk przed tym miejscem, przed tym co może być.
Jednak nawet przez myśl mi nie przeszła negatywna diagnoza, nie sądziłam, miałam nadzieję, złe diagnozy trafiają się innym ludziom, ale nie Tobie...nie...Tobie nie.
Długi korytarz taki pusty, taki zielony i pachnący chemią.
Pod ścianą krzesła, a na nich ludzie, bardziej przypominający duchy.
Duchy wychudzone, z oczami szklącymi się od bólu.
Duchy drepczące powoli korytarzem, ciągnące za sobą kroplówki pełne chemii, dającej trochę więcej życia, ale też ogrom cierpienia.
Ci ludzie patrzyli mi prosto w oczy, jakby chcieli żebym zrozumiała.
Ich oczy mówiły mi jak życie jest dla nich cenne.
Usiadłam na krześle wśród nich, czułam się napiętnowana zdrowiem.
Uniosłam oczy na schody, które pięły się w górę. Wysoko na ścianie wisiał święty obraz Maryi, pomyślałam, że dla nich ona musi być kimś wyjątkowym, bo dla mnie nie jest, ja już dawno zgubiłam w sobie wiarę.
Spojrzałam w bok na człowieka siedzącego przy mnie.
Pomyślałam "Skóra i kości", a gdzie dusza ? Na pewno jest gdzieś w nim i dusza i ogromna wola życia. Mężczyzna zwiesił głowę i patrzył jak przez czerwoną rurkę do jego żył bardzo powoli wpływa chemiczny płyn. Ten człowiek wyglądał tak jakby nosił na plecach cały ciężar i cierpienie tego świata.
Oddychałam ciężko i w duszy modliłam się żeby nigdy nie musieć już wracać do tego przedsionka piekła.
Jak bardzo złudne były moje nadzieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz