Ślepa uliczka, która kończy się domem trochę starym, a trochę zwyczajnym.
Błoto na drodze schnie ogrzewane promieniami lutowego słońca, a powietrze pachnie ciepłem i obietnicą wiosennych przyjemności. Zwyczajny dom wygląda nawet nieco mniej zwyczajnie kiedy oświetlają go słoneczne promienie, ale one za chwilę postanowią się schować i zapanuje posępny i jesienny mrok, szarość dni ciągnących się w nieskończoność.
Na balkonie siedzi on i wcale nie jest trudno go dostrzec.
To pan tego zwykłego domu, pan o srogiej minie, srogi kot.
Nie podoba mu się moja obecność, bo przeszkadzam mu w kontemplacji - życia, turkusowej farby balkonowej i skrętu gałęzi.
Wygląda jak rozmierzwiona, włochata i kudłata czapka ruskiego żołnierza, ale porusza się i stroi miny, z tego wnioskuję, że rude, nieco brudne futro jest kotem, który siedzi na swoim tronie.
Dumny, srogi i nie spuszczający mnie z oczu nawet na chwilę.
Niezwyczajne zakończenie ślepej uliczki, która ślepa być przestała, bo gdzie kot tam nie ma końca, tam coś dopiero się zaczyna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz