Grube ubrania krępują ruchy, płatki śniegu osiadają na rzęsach, ograniczają widoczność.
Włosy wystające spod czapki zamieniają się w lodowe dredy. Zimno...
Tak bardzo zimno...
Skóra na policzkach szczypie tak mocno, zima serwuje mi naturalne buraczane rumieńce.
Jednak nie jestem jej za to wdzięczna.
Przedzieram się przez wiatr, a on próbuje urwać mi głowę. Niech urywa głowę, ale oszczędzi kocie uszka na mojej czapce.
Dłonie mnie pieką i tak samo piecze mnie skóra całego ciała, sucha i pomarszczona jak pomięta kartka papieru. Nie czuję ust.
Za to czuję w powietrzu wyraźny, świdrujący w nozdrzach zapach dymu. Unosi się z każdego komina i wyczuwam w nim leśne nuty - igliwie, szyszki, jagody jałowca.
Usypia mnie wiatr, który tańczy szaleńczo między dachami domów, bloków i drzew. Słyszę świst i czuję się jak podczas sztormu na wzburzonym morzu.
Zapadam w zimowy sen...
z nadzieją, że obudzę się, gdy już będzie po wszystkim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz