Latem, takim naprawdę dusznym i gorącym nawet poranki wypełnia przesada,
bo słońce grzeje przez szybę i rolety niewiele pomagają
a ja lubię oddychać powietrzem, które jest lekko rześkie, bo jest jak woda ze strumienia
można się go napić łapczywie.
Kiedy brakuje mi go, czuję się w stanie zawieszenia, jakbym nie do końca była w tym świecie, jakbym spała i nie spała.
Chcę się napić powietrza.
Wychodzę więc na balkon, chwiejąc się jeszcze na nogach, z półprzymkniętymi powiekami, niewybudzona, rozczochrana, brudna i wymiętoszona, tkwiąca gdzieś gdzie sama nawet nie wiem gdzie.
Łapię się barierki balkonu, czuję chłód metalu...
otwieram jedno oko i badawczo zerkam jak wstaje świt, jak jasne słońce wędruje wysoko i praży
jak oświetla kościoły, bloki i lasy w oddali
poranną ciszę słyszę
i gorąco słońca czuję na skórze
i powietrze rześkie, poranne, już wybudzone wciągam do płuc
zwieszam głowę
na dole klomb zielony i soczysty, z miliardem liści
i one drżą, żyją, tańczą i pląsają
budzą się
otwieram powieki już śmielej
ziemia pachnie rozgrzana i sucha
wstań nowy dniu upij mnie powietrzem

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz